Upliscyche – starożytne skalne miasto

Sama podróż do Upliscyche była bardzo interesująca, głównie przez zacięte targi z naszym kierowcą. Generalnie poprzedniego wieczora, przeczytaliśmy w przewodniku, że do Upliscyche nie dojeżdżają marszrutki. Można wsiąść do innej marszrutki, która dojeżdża jakieś 4 kilometry od naszego miejsca docelowego, a resztę przejść na nogach. 4 km to dla nas nieduża odległość, którą bylibyśmy w stanie przejść bez większych problemów. Cena marszrutki to 2 lari od osoby.

Zatargi z kierowcą o Upliscyche

Kierowca rzucił nam przewodnikową cenę: 30 lari za kurs tam i z powrotem. 30 lari za taksówkę, a 8 lari za bilety tam i z powrotem to była duża różnica. Więc tłumaczymy mu, że w takim razie weźmiemy marszrutkę. Kierowca spuszcza z ceny 5 lari. Narzeczona (Kinga), która głównie targowała się z kierowcą, powiedziała, że to jednak i tak za dużo, będziemy brali marszrutkę. Kierowca wielce oburzony, wyrzuca nam, że będziemy tam czekali bardzo długo na marszrutkę powrotną, że trzeba będzie iść długo, żeby dojść do samego Upliscyche. Kinga proponuje mu 20 lari. Kierowca, mówi, że za 20 lari to nikt tam nie pojedzie. Po dłuższych targach i krzykach (targowanie się jest zwykle bardzo przesycone emocjami, krzyki i gestykulacja u Gruzinów to normalność), gdy już mieliśmy iść na marszrutkę, nasz szofer jednak mówi, że pojedzie za te 20 lari i mamy wsiadać.

Zadowoleni z siebie, że udało się nam wytargować lepszą cenę, wsiadamy do taksówki i jedziemy. Widać, że kierowca jest niezbyt zadowolony z wyniku targów. Jadąc do Upliscyche z Gori widać bardzo wiele zniszczonych i opuszczonych budynków. Prawdziwy powojenny krajobraz, który momentami przypomina Irak. Dojazd na miejsce nie zajmuje nam dużo czasu. Kierowca mówi, że mamy godzinę na miejscu. Wydaje się nam to trochę mało, ale zgadzamy się na to i idziemy kupić bilety.

Przy kasie spotyka nas rozczarowanie, gdyż kasy są otwarte od godziny 11, a nie od 10 tej jak było napisane w przewodniku. Byliśmy tam 10:30, co by oznaczało, że będziemy mieli tylko 30 minut na miejscu. Wracamy do kierowcy i tłumaczymy mu sytuację. Kierowca mówi, że to nie jego wina, że zamknięte. Nie wiemy czy było to jednorazowa zmiana czasu otwarcia czy ogólnie przestawili czas otwarcia. Strażnik jedyne co umiał do nas powiedzieć to because it’s closed. Targi z kierowcą przyjęły niekorzystny obrót, gdyż za poczekanie kolejnej godziny cena wzrastała już do 35 lari. Chcieliśmy mu dać 10, za to, że podwiózł nas i może odjechać, ale ten nie chciał się na to zgodzić. Po dłuższym krzyczeniu na siebie, narzeczona była już bliska płaczu, ale w końcu udało się nam wytargować, że poczeka na nas do 12:30 za 25 lari.

Zwiedzanie Upliscyche

Samo skalne miasto nie jest w zasadzie duże. 1,5 godziny wystarczy w zupełności, żeby przejść go wzdłuż i wszerz. Nie ma określonej trasy, po prostu chodzi się gdzie chce, dlatego często trzeba sprawdzać czy nie pominęliśmy czegoś po drodze. Nie jest może ono tak duże jak to w Wardzi, ale zdecydowanie jest warte zobaczenia. Upliscyche jest pięknie usytuowane, widoki są cudowne. Niedaleko płynie rzeka, z której w czasach kiedy miasto było zamieszkane ludzie czerpali wodę. W samym mieście widzimy bardzo dużo jaszczurek, które rozmiarowo są znacznie większe od tych, które możemy spotkać w Polsce. Znajduje się tam także mały monastyr. Pamiętajmy o długich spodniach lub spódnicy, jeśli chcemy wejść do środka. Warto zwrócić uwagę na kasetonowe dekorację na sufitach.

Ze skalnego miasta w Upliscyche możemy wyjść dwojako. Albo drogą, która przyszliśmy, albo tunelem, który służył jako droga ucieczki lub zejście do rzeki. Przed wejściem do tunelu spotykamy grupę Polskich turystów z przewodnikiem. Weszli oni tunelem. Jako, że nie pozostało nam już wiele czasu, a nie wiedzieliśmy czy za tunelem jest coś do zwiedzania, ruszyliśmy w dół, w stronę rzeki. Tunel jest relatywnie krótki, prowadzi do brzegu rzeki i brukowanego chodnika, którym możemy dojść do parkingu.

Na parkingu czeka już na nas kierowca, mijamy kolejne wycieczki, które przyjeżdżają autokarami. Kierowca zaprasza nas do taksówki. W drodze powrotnej oferuje nam zwiedzanie okolicznych monastyrów, oczywiście za odpowiednią opłatą. Po targach z taksówkarzem, nie jesteśmy szczególnie chętni targować się z nim drugi raz, więc prosimy aby odwiózł nas do Upliscyche.

Gori – miasto Stalina. Co warto w nim zobaczyć?

Do Gori dojechaliśmy z przesiadką w Achalciche. Tu rozstaliśmy się z naszymi koleżankami, które pojechały do parku narodowego w Borjomi. Poznaliśmy za to trójkę sympatycznych Włochów, których celem również było Gori. Po zakupieniu biletów na marszrutkę i porozmawianiu z kilkoma gruzińskimi sprzedawcami dla zabicia czasu (tak, nasz rosyjski wyraźnie się poprawił, rozumieliśmy teraz więcej niż na początku wyjazdu), wsiedliśmy do marszrutki.

Droga minęła w miarę szybko, z Achalciche do Gori jedzie się w pewnym momencie autostradą, więc podróż mija bez większych problemów. Niestety marszrutka nie wjeżdża do samego centrum Gori, ale zatrzymuje się na jego obrzeżach. Nie stanowi to jednak problemu. Po wyjściu z marszrutki podbiega do nas szybko inny kierowca oferując, że zawiezie nas do centrum za 1 lari od osoby. Zgadzamy się i po około 5 minutach jesteśmy w centrum Gori.

Nasi włoscy przyjaciele stwierdzili, że nie będziemy pytać taksówkarzy o miejsce do spania, tylko poszukamy jakiegoś, bo na pewno w centrum coś się znajdzie. Po przejściu główną ulicą nie natknęliśmy się na ani jedną chociażby wzmiankę o miejscu do spania. Mieszkańcy też do końca nie wiedzieli gdzie szukać hostelu. Zostaliśmy skierowani do jednego hotelu pod piramidami, ale cena 40 lari od osoby za noc wydawała się nam grubo przesadzona. Postanowiliśmy szukać dalej. W pewnym momencie zatrzymuje się taksówkarz i pyta nas czy szukamy noclegu. Po krótkiej rozmowie oferuje nam nocleg za 25 lari od osoby. Z narzeczoną zgadzamy się na to, ale Włosi postanawiają poszukać tańszego miejsca. Życzymy sobie powodzenia i rozstajemy się.

Taksówkarz zawozi nas do prywatnej kwatery. Jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że była to jego rodzina, chociaż pewni nie jesteśmy. Starsza pani pokazuje nam przytulny pokoik z dużym łóżkiem. Widać, że rodzina przyjmuje tam turystów, gdyż wszystko było przygotowane. Dziękujemy taksówkarzowi, który oferuje nam również podwiezienie do Upliscyche, znajdującego się niedaleko Gori. Chcieliśmy je odwiedzić, więc kierowca nie dał nam chwili do zastanowienia się i powiedział, że będzie czekał jutro o 10:00 pod wejściem do domku. Jako, że godzina byłą już dosyć późna, poszliśmy do pobliskiej knajpy na obiado-kolację i poszliśmy spać.

Następnego dnia, o godzinie 9:50, właścicielka mówi, że taksówkarz już czeka. O zaciętych targach i Upliscyche przeczytacie tutaj.

Zwiedzanie Gori

Po powrocie z Upliscyche, zostało nam jeszcze trochę czasu, więc postanowiliśmy pozwiedzać samo Gori. Nad miastem górują pozostałości fortecy, którą postanowiliśmy zwiedzić w pierwszej kolejności. Wyszliśmy na samą górę, skąd był bardzo przyjemny widok na całą okolicę. Same ruiny nie są powalające. Pozostały w zasadzie tylko same mury, wokół trawiastego wzgórza. Po wejściu do fortecy, wydaje się, że są z niej 2 wyjścia. Postanowiliśmy wyjść inną drogą i zaczęliśmy schodzić dosyć karkołomną drogą w dół. Uważaliśmy wtedy, że chyba prościej byłoby nią wejść, niż zejść. Na całe szczęście spotykamy tam parę turystów, którzy szli w przeciwnym kierunku i poinformowali nas, że możemy zawrócić. Na dół schodzi się długo, a nie ma tam nic do oglądania oprócz kupki gruzu. Będąc im wdzięczni za uzyskaną poradę, wychodzimy i udajemy się z powrotem.

Po zejściu ze wzgórza, okrążamy go. Widać z niego było pewien kościół, który chcieliśmy odwiedzić. Po drodze napotykamy na bardzo ciekawe miejsce. W okręgu siedzą metalowe rzeźby potężnych wojowników. Wszyscy siedzą, ale gdyby każdy z nich wstał, miałby około 3 metrów wzrostu. Są one niestety częściowo uszkodzone, brakuje części kończyn itp. Kościół na nasze nieszczęście, okazał się być w budowie i nie było do niego wstępu.

Po krótkiej przechadzce do centrum Gori, zachaczyliśmy o plac, na którym dnia wczorajszego wysadził nas kierowca. Chcieliśmy zapytać o marszrutkę do stolicy – Tbilisi. Marszrutek oczywiście mnogość, każdy z nich już chętnie by nas zapakował do jednej z nich. Staraliśmy się wytłumaczyć, że musimy jeszcze odebrać bagaże z hotelu. Od razu padały pytania skąd, czy zamówić taksówkę? Dziękujemy ślicznie i udajemy się na targowisko, nieopodal dworca autobusowego. Kupujemy tam owoce, wszystkie wyglądają pięknie i soczyście. Po powrocie pakujemy nasze rzeczy i udajemy się z powrotem na marszrutkę.

Po dojściu do dworca zostajemy zatrzymani przez osobę pytającą czy jedziemy do Tblisi. Po potwierdzeniu, kierowca pakuje nas do swojej taksówki. Pytamy jaka jest różnica w cenie. Była ona jednak na tyle niewielka, że postanowiliśmy zaryzykować. Czekamy w taksówce około 30 minut, aż kierowca zbierze więcej ludzi. Potem zaczynamy naszą podróż do Tbilisi.

Co jeszcze warto wiedzieć o Gori

W samym Gori nie ma wiele miejsc do zwiedzania. Znajduje się tam oczywiście bardzo znane muzeum Stalina. Trzeba przyznać, że aż takimi fanami historii nie jesteśmy i postanawiamy odpuścić zwiedzanie muzeum. Same wstępy nie były tanie, ale prawdopodobnie dla fana historii muzeum będzie nie lada gratką:)

Same Gori nie jest stricte turystycznym miastem, ale w okolicy znajdziemy więcej atrakcji, takich jak np Upliscyche.

Wardzia – zwiedzanie klasztoru i pięknego skalnego miasta

Kilka słów o podróży do skalnego miasta Wardzia

Postanowiliśmy się tam wybrać głównie ze względu na zwiedzanie skalnego miasta, które jest usytuowane na zboczu góry. Wardzia to zdecydowanie jedno z ciekawszych miejsc turystycznych Gruzji.

W poniedziałek, wczesnym rankiem, wybieramy się na marszrutkę do miasta Achalciche, skąd można dostać się później do Wardzi. Marsztuka odjeżdża o godzinie 8:30. Wyszliśmy troszkę wcześniej z hostelu. Rano ulice Batumi są praktycznie puste. Niewielka ilość samochodów, głównie taksówek, porusza się cichymi ulicami miasta. Jeden z nich oferuje nam podwiezienie do miejsca skąd odjeżdżają marszrutki, jednak zniesmaczeni poprzednimi przygodami z taksówkami, postanawiamy sobie odpuścić i przejść nieduży dystans piechotą.

Nie zdążyliśmy dojść do miejsca oznaczonego w przewodniku, skąd miały odjeżdżać busiki do Achalciche. Po drodze spotykamy małe skupisko marszrutek. Jeden z kierowców pyta nas, dokąd chcemy się udać. Niestety nie było wśród nich nikogo, kto jechałby do Achalciche, jednak nie stanowiło to problemu dla kierowcy, z którym rozmawialiśmy. Zadzwonił do kierowcy, którego busik jeździł do Achalciche i zarezerwował nam dwa miejsca. Co więcej, nie musieliśmy iść  dalej, marszrutka przyjedzie po nas!

Co warto wiedzieć o Gruzinach. Są to niesamowicie uprzejmi ludzie, którzy zawsze przyniosą pomoc turystom. Słyszeliśmy od znajomych o gruzińskiej gościnności i kulturze, a także kilkanaście razy sami uświadczyliśmy pomocnej dłoni mieszkańca Gruzji. Nie ma dla nich sprawy nie do załatwienia, zawsze wskażą drogę, poszukają nam miejsca noclegowego, oferują swoje usługi itp.

Po chwili marszrutka przyjechała. Kierowca, ku naszemu zdziwieniu, nie wkłada naszych plecaków do bagażnika, ale przywiązuje je do innych bagaży, na dachu marszrutki. Sam busik jest pełny, znajdują się w nim tylko dwa wolne miejsca, zarezerwowane dla nas. Znajdują się one na samym tyle marszrutki. Miejsca na nogi mało, gorąco i duszno, ale jednak cieszyliśmy się, że udało się nam złapać busik.

Zostaliśmy także miło zaskoczeni, gdyż kobieta siedząca obok nas okazała się Polką, która też jechała do Wardzi. Dwójka jej koleżanek, siedziała z przodu busika.

Sama podróż jest niemiłosiernie długa. Upał daje się we znaki. Na szczęście kierowca robi postój, aby ludzie mogli rozprostować nogi, napić się wody ze źródełka i coś przekąsić.

Po trudach podróży, w końcu docieramy do Achalciche. Jako, że znajdują się tutaj głownie informacje o Wardzi, zachęcam do przeczytania osobnego postu o Achalciche tutaj.

Bilet do Wardzi kosztuje 4 lari od osoby. Podróż zabiera nam około dwóch godzin. Jadąc, można podziwiać piękne krajobrazy. Gdy jesteśmy już prawie na miejscu, kierowca pyta nas, czy mamy gdzieś zarezerwowany hotel. Mówimy, że nie mamy nic. Tu oczywiście ponownie ukazuje się gruzińska gościnność i kierowca nie zważając na resztę pasażerów jadących z nami, stwierdził, że zabierze nas do hotelu.

W samej Wardzi znajdują się może 2 hotele na krzyż. Kierowca zawozi nas do hotelu, który jest zaraz na przeciwko skalnego miasta. Oferuje się także, że odbierze nas jutro, gdy będziemy wracać. Miejsca będą zarezerwowane:)

Sam hotel jest jest całkiem przytulny. Dostajemy 9cio osobowy pokój, który jest w całości dostępny dla naszej piątki. Na zewnątrz znajduje się basen, który niestety nie jest napełniony. w trakcie całego naszego pobytu tam, poziom wody podniósł się może o pół metra, więc nie udało się nam skorzystać z niego. W hotelu znajduje się także restauracja. Jest jedna, wspólna łazienka, połączona z toaletą typu narciarz, która znajduje się zaraz pod prysznicem. Śmiejemy się, że można załatwić dwie sprawy za jednym razem;)

Jako, że godzina już jest późna, nie udajemy się do skalnego miasta, ale do pobliskiego baru, aby zakosztować gruzińskich specjałów.

W barze znowu napotykamy się na gruzińską gościnność. Wardzia nie jest wyjątkiem. Jest to zapewne zasługa 3 towarzyszących nam koleżanek. Miejscowi od razu zainteresowali się i zaczęli nam stawiać różne trunki i przekąski. Okazała się tutaj bardzo przydatna znajomość języka rosyjskiego, którym władała jedna z naszych koleżanek. Dzięki temu zyskaliśmy wiele w oczach Gruzinów, a także mogliśmy się dowiedzieć czym jest zamawiana potrawa. Poznajemy tam mieszankę różnych kultur – Gruzinów, poznaną tam parę Francuzów oraz parę podróżujących po Gruzji motocyklem Włochów. Po pewnym czasie wracamy do naszego hotelu, aby odpocząć. Było już bardzo późno, do hotelowych lamp zaczęły zlatywać się ćmy. Były ich tysiące! Pierwszy raz w życiu widziałem taki najazd owadów. Wlatywały do pokoju gdy tylko otworzyło się drzwi. Po oczyszczeniu pokoju z robaczków, kładziemy się spać.

Rano kosztujemy śniadania w naszym hotelu. Jest to prawdziwe gruzińskie śniadanie. Sałatka z pomidorów i ogórków, jajecznica, dżem, gruziński chleb… Jak już wcześniej wspominałem, gruzińskie owoce i warzywa są nadzwyczaj smaczne. Warto ich próbować przy każdej nadarzającej się okazji:) Całość kosztuje 5 lari, które zostały bardzo dobrze spożytkowane.

Klasztor w miejscowości Wardzia

Mieliśmy plan odwiedzić 2 miejsca w mieście Wardza. Klasztor oraz skalne miasto. Zaczęliśmy od klasztoru. Od hotelu są to jakieś 3-4 kilometry idąc cały czas drogą asfaltową. Widoki są przepiękne. Często zatrzymujemy się aby zrobić kilka zdjęć. Po pewnym czasie widzimy, że droga się kończy – znajduje się tam brama. Myśleliśmy, że poszliśmy złą drogą, ale po rozmowie z lokalnymi gruzinkami, dowiadujemy się, że mamy normalnie otworzyć bramę, przejść i zamknąć ją za sobą. Jest to zabezpieczenie przez kręcącymi się tutaj zwierzętami hodowlanymi, aby nie niszczyły pól uprawnych.

Po przejściu kilkuset metrów naszym oczom ukazuje się mały kościółek wraz z zabudowaniami. Lokalizacja jest urocza, piękny ogród i krajobraz. Robimy kilka zdjęć z zewnątrz, gdyż sam kościół jest zamknięty. Potem udajemy się zobaczyć jak mieszkają lokalne mniszki. Spotykamy młodziutką osobę, która mówi, że w klasztorze jest już prawie 14 lat. Otwiera nam ona drzwi w kościele, pozwalając na zwiedzanie.

Większość kościołów i monastyrów w Gruzji są w środku bardzo podobne. Surowe wykończenia, freski i obrazy. W każdym z nich możemy także kupić pamiątki takie jak obrazy, czy inne dewocjonalia. Zauważyliśmy, że duża część Gruzinów kupuje także świeczki i zapala je przed świętymi obrazami.

Po pewnym czasie wracamy w stronę hotelu aby zwiedzić skalne miasto.

Skalne miasto Wardzia

Skalne miasto znajduje się spacerem 5 minut od naszego hotelu. Bilet kosztuje 3 lari dla osoby dorosłej. Studenci mają taniej – 2 lari. Po wejściu pod górę zaczynają się pierwsze komnaty i jaskinie. Znaczna część miasta niestety została zniszczona. Dla turystów jest udostępnione około 300 komnat. Aby dostać się do części  jaskiń, musimy czasami zboczyć ze szlaku i przejść po skałach. Warto jednak zaglądnąć w każdy kąt:) W części jaskiń, zwykle tych bardziej oddalonych od szlaków, czuć ostry zapach moczu. Jednak jaskinie i komnaty są na tyle małe, że nie musimy w nich spędzać dużo czasu.

Przez samo miasto prowadzi generalnie jedna ścieżka z kilkoma odnogami, która umożliwia nam zobaczenie praktycznie całego miasta. Znajduje się tam tunel, długości około 75 metrów, strome schody, wąskie korytarze. Jest tam także mała kapliczka.

Warto zapamiętać, że przy wejściu do kapliczek, monastyrów i kościołów, obowiązuje konkretny ubiór. O ile w większych miastach jest to mniej przestrzegane, to w mniejszych miejscowościach mogą nas po prostu nie wpuścić do środka. Kobiety muszą mieć spódnice oraz nakrycie na głowę. Kobiety mają o tyle prościej, że w znacznej części kościołów, można taką spódnicę po prostu pożyczyć. Mężczyźni muszą mieć długie spodnie, wejście w spodenkach niestety odpada, co może być problematyczne przy cieplejszych dniach. Warto zaopatrzyć się w spodnie z odpinanymi nogawkami:) Znacząco ułatwia to sprawę.

 

Po całym zwiedzaniu skalnego miasta Wardzia, które zajęło nam około 2,5 godziny, udajemy się do hotelu, aby się spakować i ruszyć w dalszą podróż. W okolicy znajdowało się jeszcze jedno mniejsze skalne miasto, nieco bardziej wymagające, gdyż jak przewodnik mówi, w części miejsc są wymagane umiejętności alpinistyczne. Kusiło nas, żeby zostać do końca dnia i wyjechać dopiero jutro. Gdy nasza koleżanka znająca rosyjski, rozmawiała z właścicielką hotelu, okazało się, że mniejsze skalne miasto jest jakieś pół godziny drogi stąd spacerem. Żałowaliśmy, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, gdyż mogliśmy się tam udać dnia poprzedniego. Mówi się trudno, zobaczymy następnym razem:)

Kierowca jak obiecał, tak przyjechał, mając dla nas zarezerwowane 5 miejsc. Ruszyliśmy w dalszą podróż do Gori.

Achalciche – co zobaczyć czekając na przesiadkę?

W samym Achalciche nie udało się nam spędzić wiele czasu. Wiedzieliśmy tylko tyle, że w okolicach miasta znajdują się źródła termalne oraz pozostałości fortecy.

Wysiedliśmy z autobusu i w końcu udało się nam rozprostować nogi. Od razu otoczyli nas kierowcy pytając dokąd chcemy się udać? Czy wolimy taksówkę czy marszrutkę? Tańszą opcją oczywiście jest marszrutka. Kierowca pokazuje nam kasę, w której mamy kupić bilety. Jest to budynek tuż obok miejsca gdzie zatrzymują się marszrutki. Kupujemy bilety i okazuje się, ze mamy jeszcze sporo czasu przed odjazdem do Wardzi.

Zamek w Achalciche

Długo nie myśląc udajemy się do wspomnianego wcześniej zamku. Zamek w Achalciche został odbudowany z ruin i otwarty w 2012 roku dla zwiedzania przez turystów. Samo dojście do zamku nie zajmuje więcej niż 10 minut. Po drodze robimy sobie zdjęcia i podziwiamy otaczający nas krajobraz. Przed wejściem do zamku, pytamy strażników, czy zwiedzanie jest płatne. Mówią, że tak i pokazują nam informację turystyczną. Udajemy się do środka. Część zamku jest dostępna za darmo, w tym restauracja i mały bar. Rzeczy takie jak muzeum są dostępne po uiszczeniu opłaty.

My rezygnujemy z muzeum i zwiedzamy darmową cześć zamku. Znajduje się tam wieżyczka, na którą można się wspiąć i zobaczyć jak wygląda zamek z góry. Po krótkim obejrzeniu większości zamku postanawiamy udać się do restauracji.

Po raz pierwszy zamawiamy tutaj gruzińską lemoniadę. Jest to trunek, pity w Gruzji bardzo często. Powiedziałbym, że nawet częściej, niż opisywane w wielu książkach wino. Gruzini piją lemoniadę także do obiadu. Jest ona bardzo smaczna. Będąc w Gruzji, nie było dnia, żebyśmy nie uraczyli się jedna butelką lemoniady. Jest mniej gazowana, niż te dostępne w Polsce, a przy okazji jest przepyszna. Będąc w Gruzji nie można nie spróbować lemoniady!

Jedynym utrudnieniem są latające wszędzie osy, starające się dobrać do naszych owoców i lemoniad. Są one wyjątkowo natrętne i ciężko je odgonić. Po krótkiej przerwie wracamy do dworca autobusowego i kierujemy się na marszrutkę do Wardzi.

Co jeszcze warto wiedzieć o Achalciche?

W samym Achalciche jest tak naprawdę niewiele do zwiedzania. Jest to głównie węzeł przesiadkowy, z którego możemy się dostać marszurtką praktycznie do większości miast Gruzji. Większość osób prawdopodobnie wykorzysta Achalciche jako miejsce z którego można dostać się do Wardzi lub monastyru Sapara.

Batumi – co warto zobaczyć i jak przebiegała nasza podróż?

Batumi – piękne miasto Gruzji położone nad Morzem Czarnym. Właśnie od niego zaczęliśmy naszą podróż. Ale od początku…

Podróż do Gruzji

10 sierpnia o godzinie 1 w nocy mieliśmy wylot z lotniska w Katowicach do Gruzji. Wizz Air, na który się załapaliśmy leciał do Kutaisi. Samolot był pełny (dosłownie) spragnionych Gruzji polskich turystów. Byliśmy jednymi z nich. Podczas lotu panowała burza, przez okienka w samolocie można było zobaczyć piękne rozbłyski na tle zachmurzonego nieba. Lot trwał około 3 godzin. Podróż minęła bezstresowo.

Na miejscu należało przestawić zegarki o 2h do przodu. Było po godzinie 6 rano czasu lokalnego, podczas gdy w Polsce była dopiero 4 rano. Dostajemy od razu SMSa z informacjami o cenniku, który jest dość wysoki. Rozmowy telefoniczne pomiędzy 10-15 zł za minutę, koszt jednego SMSa to od 1 do 2,5 zł. Cena za 50 kb transferu wynosiła około 2,5 zł. W skrócie – w Gruzji nie opłaca się korzystać z telefonu.

Na lotnisku czekamy na pieczątkę w paszporcie. Generalnie w Gruzji nie potrzebujemy wizy. Bez niej możemy przebywać tam do 90 dni. W oczekiwaniu na lotnisku w Kutaisi, słyszymy jak Pani z głośników niezbyt wyraźnym angielskim, mówi nam, że bilety autobusowe do miast takich jak Batumi, Tblisi itp możemy nabyć w informacji. Po szybkim zdjęciu, pieczątce i odebraniu naszego bagażu głównego udajemy się do owej informacji.

Miłym zaskoczeniem jest to, że możemy dogadać się po angielsku. Pani oferuje nam bilet do Batumi za 10 dolarów od osoby (tak, dolarów, na lotnisku nie ma kantoru, w którym można by było wymienić walutę). Kupujemy bilet i udajemy się do marszrutki. Dobrym pomysłem jest wyjście z lotniska i pytanie lokalnych kierowców, których będzie masa przed lotniskiem czy ktoś nie jedzie do lokalizacji, do której chcemy się udać. Mogą zaoferować niższą cenę, niż ta podana w informacji.

W samej marszrutce poznajemy jeszcze dwie Polki, które również jadą w tym samym kierunku co my. Siedzieliśmy w busiku około pół godziny, czekając na kierowcę, który najwyraźniej czekał jeszcze na inne chętne osoby i rozmawiał ze swoimi kolegami. Nie należy się dziwić takiemu zachowaniu, oczekiwanie w marszrutce, aż ta się zapełni to w Gruzji standard.

W końcu ruszyliśmy! Byliśmy trochę niewyspani po locie, wiec w marszrutce przysypiamy co jakiś czas, było niesamowicie gorąco. Po drodze zabieramy lokalną ludność i wkrótce marszrutka zapełnia się.

Batumi

Będąc już blisko Batumi widzimy wiele miejsc, w których powstają hotele. Część z nich jest już bliska ukończenia. Potwierdza to tylko, że Gruzja staje się naprawdę turystycznym krajem. Za oknem pojawia się w końcu morze Czarne. Podróż staje się bardzo przyjemna:) Po dojechaniu na miejsce, kierowca krzyczy, że jesteśmy w Batumi. Nie zdążyliśmy nawet wysiąść i zabrać naszych plecaków z bagażnika, kiedy podbiega do nas kilku taksówkarzy, oferując swoje usługi. Niestety nie za bardzo rozumieliśmy co do nas mówią, wyłapujemy tylko poszczególne słowa typu hostel. My akurat mieliśmy zarezerwowany hostel w Batumi na pierwsze dni naszego pobytu. Więcej o hostelach i hotelach warto przeczytać na naszej stronie klikając tutaj. Zobaczycie, że wcale nie trzeba rezerwować hostelu czy hotelu. W Gruzji to nocleg szuka nas. Niestety nie zdążyliśmy sprawdzić na mapie, w którym miejscu znajduje się nasz hostel.

Po wysadzeniu nas z marszrutki, taksówkarz oferuje nam nocleg. Udaje się nam wytłumaczyć, że mamy już zarezerwowany nocleg. Jednak taksówkarz nadal nalega, abyśmy wsiadali. Nie wiedząc czy on zrozumiał nas, ani czy my zrozumieliśmy jego, przychodzi nam z pomocą lokalna osoba, która zna angielski. Tłumaczy nam, że taksówkarz chce wiedzieć, gdzie znajduje się nasz hostel i oferuje się, że nas zawiezie za 10 lari. Nie mając jeszcze wymienionych pieniędzy, tłumaczymy mu, że chcieliśmy jeszcze podejść do kantoru. Taksówkarz oczywiście bardzo chętnie nas tam zabierze. Jednak cena 10 lari wydawała się nam wysoka, gdyż czytaliśmy w przewodniku, że taksówki w obrębie miasta kosztują 2-4 lari. Udało się nam utargować cenę na 8 lari. Taksówkarz wkłada nasze plecaki do swojej taksówki.

Samochód nie jest pierwszej nowości i daleko mu do polskich taksówek, ale nie przeszkadza nam to wcale. Po przejechaniu może 100 metrów, taksówkarz zatrzymuje się i pokazuje nam kantor. Wychodzi z nami i mówi nam, żebyśmy dali pieniądze. Najwidoczniej byli to jego znajomi. Sytuacja wyglądała następująco, szukamy pieniędzy, trzech Gruzinów stoi wokół nas i patrzy nam na ręce. Sprawia to niejaki dyskomfort. Decydujemy się na wymianę tylko 100 dolarów. Kurs w dniu obecnym wynosił 1,64 lari za dolara. Zamiast 164 lari otrzymujemy tylko 160. Co prawda nie czujemy się do końca oszukani, gdyż stwierdziliśmy, że najwidoczniej kantory nie wydają monet, co przy następnych wymianach okazało się nieprawdą. Kantory oczywiście wydają monety, więc panowie dorobili się na biednych, zestresowanych turystach;/

Mówi się trudno, następnym razem będziemy bardziej uważni. Wsiadamy do taksówki. Kierowca stara się z nami porozumieć, pyta skąd jesteśmy i generalnie cały czas mówi. Rozumiemy piąte przez dziesiąte, ale dajemy jakoś radę. Po dojechaniu na miejsce, które może zajęło 2 minuty, dajemy kierowcy 20 lari, gdyż nie mamy drobnych. Kierowca wydaje nam tylko 10 lari, pomimo tego, że umówiliśmy się na 8 lari. Twierdząc, że wszystko jest w porządku i ciesząc się do nas, wygania nas z taksówki i odjeżdża. Zostaliśmy oszukani drugi raz. Mimo, że są to małe kwoty, to jednak mamy w głowie polskie przysłowie „Grosz do grosza, a będzie kokosza”.

Postanawiamy zostawić nasze rzeczy w hostelu i udać się na zwiedzanie miasta. Samo wejście wyglądało niezachęcająco. Postanowiliśmy zatrzymać się w hostelu D’Vine Hostel. Więcej o nim można przeczytać na stronie z noclegami.  W środku widzimy panią, która śpi na kanapie. Mimo usilnych prób jej obudzenia, nie udaje nam się to. Stojąc przed wejściem zastanawiamy się, co zrobić? Z pokoju na przeciwko wyjścia wychodzi pan, który pomaga nam obudzić śpiocha, który jak się okazało, zajmował się gości. Miła pani mówiąca po angielsku, tłumaczy nam, co w Batumi warto zobaczyć. Daje nam też mani przewodnik po Batumi, który okazuje się bardzo przydatny. Zostawiamy plecaki w hostelu i idziemy zwiedzać miasto.

Zwiedzanie Batumi

Samo Batumi jest bardzo piękne. Widać swoistą nowoczesność, połączoną z zabytkami, wszystko współgra ze sobą. Mimo wysokich temperatur, cieszymy się miastem. Chodzimy po mieście, które okazuje się niezbyt duże. Można go bez problemu zwiedzić w jeden dzień. Postanowiliśmy zobaczyć morze, wychodzimy na kamienistą plażę, od której bije gorąco. Widzimy wiele leżaków, które leżą rozłożone na plaży. Ludzi jest niewiele. Nie czujemy się co prawda, jak nad prywatnej plaży, ale nie jest to też polskie morze, gdzie ciężko znaleźć miejsce dla siebie.

Głównym planem na ten dzień było odwiedzenie ogrodu botanicznego, który stanowi jedną z głównych atrakcji Batumi. Od centrum jest oddalony o jakieś 6 km. Wiemy, że można dojechać tam marszrutką, która jest relatywnie tania – cena w przewodniku to 60 tetri od osoby. Udajemy się na plac, na który przyjechaliśmy marszrutką. Widzimy busik, który odjeżdża do Batumi, ale jest po drugiej stronie ulicy, a pasów nie widać. Przebiec przez ulicę czy nie? W oddali widzimy policję, a nie chcemy dostać mandatu już pierwszego dnia. Jednak widzimy, że ludzie normalnie przebiegają przez ulicę, nie zważając na samochody.

W Gruzji jest to normalne. Można przejść nawet przez autostradę, jeśli tylko nie potrąci nas samochód. Warto zauważyć, że w Gruzji pieszy nie ma pierwszeństwa. Nawet na pasach! Samochody przejeżdżają nam przed nosem, kiedy przechodzimy w Tblisi na pasach, co było dla nas dużym zdziwieniem. Należy bardzo uważać, żeby nie potrącił nas samochód. Kierowcy zwykle nie zwalniają, tylko ostrzegają nas sygnałem dźwiękowym.

Po przejściu przez ulicę pytamy o bilet. Niestety nikt z obecnych osób nie mówi po angielsku. Staramy się dogadać na migi. Ludzie pokazują nam na palcach cenę, ale każdy pokazuje co innego. W końcu wydawało się nam, że zrozumieliśmy, że cena za 2 osoby to 1 lari. W sumie by się to zgadzało, z tym co było napisane w przewodniku. Wsiadamy i jedziemy.

Ogród botaniczny w Batumi

Po dojechaniu na miejsce, próbujemy dogadać się z kierowcą ile mamy mu zapłacić. Dajemy mu 5 lari, kierowca oddaje nam 1 lari 😐 Upominamy się o naszą resztę, nie chcąc zostać oszukani po raz kolejny. Rozdrażniony kierowca daje nam jeszcze 1 lari i zaczyna ruszać. Wyskakujemy z marszrutki, nieco zniesmaczeni. Jak tak dalej pójdzie, szybko pójdziemy z torbami…

Kupujemy wejściówki i zaczynamy zwiedzanie. Sam ogród jest naprawdę warty odwiedzenia. Jest podzielony na kilka stref, w których rośnie różna roślinność. Można tam spotkać wiele gatunków drzew i krzewów. Nawet jeśli nie jesteśmy zainteresowani florą i nazwy roślin niewiele nam mówią, warto się tam wybrać, nawet ze względu na widoki.

Plaża w Batumi w ogrodzie botanicznymW pewnym momencie dochodzimy do bajecznego miejsca, z którego widać piękne turkusowe morze, osamotnioną plażę i kaskady tropikalnych roślin spływających po zboczu. Jest ona niedostępna z miejsca, w którym stoimy, ale bardzo chętnie weszlibyśmy do chłodnej wody i odpoczęli od gorąca. W samym ogrodzie można bez problemu spędzić cały dzień. Ogród jest naprawdę duży. Warto zaopatrzyć się w dużą butelkę wody, gdyż czasami jest bardzo ciepło i duszno. Butelki zawsze można dopełnić w specjalnych miejscach.

Generalnie nie tylko w Batumi, ale w praktycznie całej Gruzji możemy znaleźć miejsca, z których możemy zaczerpnąć wodę pitną. Jest to naturalna woda, można pić ją bez obaw. Warto przed napełnieniem butelki spróbować trochę. Woda smakuje różnie w zależności od źródełka. Można także bez obaw pić wodę z kranu. Jest to duży plus, gdyż nie musimy za każdym razem kupować nowej wody. Wystarczy nam butelka, którą co jakiś czas dopełniamy.

Na samym końcu ogrodu, znajduje się plaża. Była tam jedynie garstka ludzi, znacznie mniej niż w samym Batumi. My jednak widzieliśmy z tej plaży miejsce, które widzieliśmy wcześniej z góry. Postanawiamy się tam udać. Po wejściu na plaże należy skierować się w lewo i iść wzdłuż torów kolejowych. Droga nie jest wygodna, czasami trzeba iść kamieniami, czasami pomiędzy chaszczami. Idzie się około 10 minut. Ale dotarcie tam było naprawdę warte. Czujemy się jak na prywatnej plaży, praktycznie nikogo w zasięgu wzroku, cała plaża dla nas:D Nie myśląc długo rozkładamy się na kamienistej plaży i wchodzimy do bardzo ciepłego morza. Z całym sercem mogę polecić tą plażę, cudowne miejsce, do którego turyści rzadko zaglądają. Można tam spędzić kilka godzin:) Dzień zaczął się zbliżać ku końcowi, więc postanowiliśmy powoli wracać.

Trasa w drugą stronę wydawała się nam krótsza, ale też spieszyliśmy się, bo w oddali było widać burzowe chmury. Warto zauważyć, że w Batumi pogoda często lubi się psuć. Gdy pada, pada naprawdę ulewny deszcz. Nasi znajomi na 4 dni pobytu w Batumi mieli dwa dni ulewy, która przeczekali w hostelu, a dwa dni pięknego słońca. My mieliśmy to szczęście, że pogoda była słoneczna cały czas. Mimo deszczowych chmur, które często czaiły się w oddali nie padało ani razu.

Powrót do Batumi okazał się bardziej szczęśliwy – nie zostaliśmy oszukani. Bilet faktycznie wynosił 60 tetri od osoby.

Chaczapuri adżarskie

Jedną z głównych potraw, które poleca każdy przewodnik i każda osoba będąca w Gruzji to chaczapuri. Będąc w Batumi postanowiliśmy jej spróbować. W Gruzji mamy wiele odmian tej potrawy. Generalnie jest to chlebowy placek z serem. My postanowiliśmy skosztować odmiany adżarskiej. Jest to bułka w formie łódki, na dnie znajduje się ser a na nim pływa jajko, wraz z masłem. Należy wszystko rozmieszać kawałkiem oderwanej bułki. Czytaliśmy, że chaczapuri je się rękoma, ale dostaliśmy do niego także sztućce. Podglądamy pana, który złożył identyczne zamówienie. Faktycznie, nie używając ani widelca, ani noża zjadł całą porcję. Czego nie można powiedzieć o nas…

Rozmiar chaczapuri był powalający. Cała potrawa jest naprawdę bardzo sycąca, zważywszy na składniki z których jest przygotowana. Bez problemu można zamówić jedno chaczapuri adżarskie na dwie osoby.

Tańczące fontanny

Wieczorem postanowiliśmy wybrać się na pokaz tańczonych fontann, który odbywa się co noc w Batumi. Zobaczyliśmy na mapie i na MapsWithMe, gdzie to się dokładnie znajduje i udaliśmy się tam. Pokaz jest naprawdę wart objerzenia. Zaczyna się z zapadnięciem zmroku. Jest to dynamiczna gra świateł i wody połączona z muzyką. Przyciąga wiele osób i jest warte obejrzenia. Siedzimy tam mniej więcej pół godziny.

Potem udajemy się na krótki, nocny spacer po mieście. Samo miasto jakby ożywa w nocy. Na bulwarze jest naprawdę dużo osób, znacznie więcej niż za dnia. Po krótkim spacerze, wstępujemy jeszcze do sklepu. Pomimo godziny 23, większość spożywczych sklepów jest nadal otwartych. Robimy małe zakupy i wracamy do hostelu.

Batumi – dzień 2

Drugiego dnia zwiedzamy starą część Batumi, chodzimy po mieście w oczekiwaniu na pokaz delfinów w delfinarium. Słyszeliśmy, że pokaz jest naprawdę wart obejrzenia. Codziennie, nie licząc poniedziałków, można taki pokaz obejrzeć. Zwykle są to 2 pokazy dziennie. Jeden za dnia, a drugi w nocy. Poprzedniego wieczora słyszeliśmy różne okrzyki dobiegające z delfinarium, więc uznaliśmy, że pokaz może być ciekawy.

Przezornie kupujemy bilety troszkę wcześniej. O godzinie 14 znajdujemy się już na miejscu, czekając wśród tłumu ludzi. Wchodzimy do obiektu i okazuje się, że mamy miejsca w pierwszym rzędzie, zaraz przy basenie, w którym już pływają delfiny. Obiekt jest zapełniony, widocznie pokazy ściągają masy ludzi.

Oprócz obejrzenia pokazu, można także za odpowiednią, dość wysoką cenę, popływać z delfinami:) Sam pokaz jest świetny, delfiny robią różne sztuczki, podnoszą ludzi, rzucają piłką. Pokaz był wart swojej ceny i szczerze polecam go każdemu. Wychodzimy z pokazu mokrzy, gdyż szalejące delfiny lubią oblewać ludzi wodą. Mimo to, była to przyjemna ochłoda w upalny dzień.

Następne kilka godzin postanawiamy spędzić na plaży, wylegując się w promieniach gorącego słońca. Ludzi jest dużo więcej niż na naszej „prywatnej” plaży z dnia poprzedniego. Nie jest to jednak jakaś szczególna przeszkoda. Znajdujemy własny kąt i korzystamy z ciepłej wody w morzu.

Wieczorem znowu udajemy się na spacer po mieście. W samym centrum znajdujemy kolejne fontanny, nad którymi jest przejście. Jest to całkiem zabawne, gdy ludzie chcąc przejść i znienacka fontanna się włącza.

W Batumi, jak i w całej Gruzji możemy znaleźć całe masy fontann. Większość z nich jest naprawdę ładna i pomysłowo zbudowana.

Na Batumi mieliśmy przeznaczone dwa dni, ale kusiło nas, żeby zostać jeszcze dłużej i cieszyć się urokami kamienistej plaży i ciepłego morza. Po długim zastanowieniu, postanawiamy jednak ruszyć kolejnego dnia w dalszą podróż. Podróż do Wardzi.

 

Dodatkowe informacje o Batumi

Więcej informacji o samym Batumi możemy przeczytać na stronie Wikipedii tutaj. Jeśli znasz jakieś ciekawe informacje o mieście Batumi i okolicach, wiesz co warto zobaczyć, skorzystaj z naszego formularza kontaktowego.

Noclegi w Gruzji

Kilka słów o noclegach w Gruzji

Po pierwsze i chyba najważniejsze – noclegi w Gruzji nie są naszym najważniejszym zmartwieniem. W Gruzji to nie my szukamy noclegu, to nocleg szuka nas.

Mamy oczywiście całą gamę różnorakich noclegów w Gruzji: hotele, hostele, kwatery prywatne, pola namiotowe, itp. My bazowaliśmy głownie na hostelach oraz kwaterach prywatnych. Jest to najtańsza i najrozsądniejsza opcja dla standardowego turysty. Jeśli jednak zabierzemy własny namiot, ceny będą jeszcze tańsze, gdyż wiele osób zgadza się na rozbicie namiotu na ich podwórku. Zwykle chcą drobnej zapłaty w wysokości do 5 lari.

Najpiękniejsze jest to, że gdy tylko przyjedziemy do nowego miejsca, oblatuje nas tłum różnych osób, oferujących swoje kwatery. Ceny są przeróżne, tak samo jak warunki. Zawsze warto zapytać i targować się. Ceny zwykle wahają się od 15 do 30 lari od osoby.

Hostele w Gruzji

Hostele są zwykle bardzo dobrze wyposażone. W każdym hostelu trafiliśmy na łazienkę, kuchnię z wyposażeniem, ciepłą wodę. Są one też dobrze zlokalizowane, blisko do miejsca skąd odjeżdżają marszrutki, głównych zabytków, itp.

Poniżej znajduje się lista polecanych przez nas hosteli:

D’Vine Hostel w Batumi

Wejście co prawda nie zachęca, ale w środku jest już przyjemnie:) Właściciele mówią po angielsku, polecają miejsca, które warto zobaczyć. Hostel bardzo przytulny, świetna atmosfera, wyposażona kuchnia, 2 łazienki, WiFi. Cena to 20 lari za noc. Posiadają pokoje wieloosobowe oraz jeden pokój dwuosobowy.
Więcej informacji można znaleźć tutaj (łącznie z rezerwacją online):
http://www.hostelworld.com/hosteldetails.php/D-Vine-Hostel/Batumi/76941

 

Opera Hostel w Tbilisi

Polski hostel w stolicy Gruzji. Właściciele jak i część obsługi oczywiście posługuje się naszym ojczystym językiem, więc z dogadaniem się nie ma problemów. Hostel czysty i zadbany. W okolicy znajduje się dużo sklepów. Bardzo blisko do metra.  Ceny różnią się w zależności od długości pobytu i pokoju. Ceny są bardzo przystępne, pomiędzy 20-30 lari. Dużym plusem są organizowane przez nich wycieczki w cenie około 55 lari. Wybór miejsc, które można odwiedzić jest całkiem spory. Jeśli zarezerwujemy wcześniej hostel, odbiór z lotniska jest bezpłatny, nawet tego z Kutaisi:)
Stronę hostelu na facebooku można znaleźć tutaj:
https://www.facebook.com/pages/Opera-Hostel-in-Tbilisi-Georgia/176140279111607

 

 

 

Jeśli znasz jakiś ciekawy hostel, hotel, prywatną kwaterę i chciałbyś, żeby się tutaj znalazła, skorzystaj z naszej strony z współpracą klikając tutaj.

 

 

Przed podróżą do Gruzji – co warto wiedzieć?

Co warto wiedzieć przed podróżą do Gruzji?

Znajdziecie tutaj podstawowe informacje, na temat organizacji podróży do Gruzji. Jak się dostać, gdzie zdobyć Lari, co należy zabrać, jaki przewodnik kupić i wiele innych. Zapraszam do lektury:)

Gruzja – z biurem podróży czy na własną rękę?

Na Gruzję zdecydowaliśmy się w zasadzie w zeszłym roku. W tramwajach w Krakowie wyświetlane były różne reklamy dotyczące Gruzji, przedstawiały one piękne krajobrazy, gościnność Gruzinów i generalnie zachęcały do odwiedzenia tego kraju.

Niestety nie udało się nam zorganizować tej podróży w 2012 roku z różnych powodów, ale tego roku dokonaliśmy tego:)

Długo zastanawialiśmy się czy pojechać z biurem podróży czy na własną rękę.  Wycieczka z biurem podróży ma niewątpliwie swoje plusy, takie jak przewodnik, zorganizowane miejsca noclegowe, transport i wiele innych. Jadąc na własną rękę jesteśmy zmuszeni zadbać sami o te rzeczy. Prawdę powiedziawszy troszkę nas przerażało, gdyż byłaby to pierwsza tego typu podróż. Postanowiliśmy jednak zaryzykować i odbyć tą podróż bez biura podróży.

Okazało się to bardzo dobrym wyborem! Gruzję zdecydowanie warto zwiedzać na własną rękę. Obfituje ona w poznanie lokalnej ludności i zobaczenie realiów życia zwykłych rodzin. Dodatkowo nie jesteśmy zmuszeni do zatrzymania się określonego czasu w danym miejscu, co ma miejsce w przypadku biur podróży.

Jak się dostać do Gruzji?

Powstało pytanie jak dostać się do Gruzji? Samochodem, autobusem czy może samolotem? Najwygodniejsza i najszybsza droga to oczywiście samolot. Ten środek lokomocji wybraliśmy. Mimo to spotkaliśmy w Gruzji ludzi, którzy przyjechali samochodem czy nawet autostopem:)

Pierwszą i najważniejszą sprawą była rezerwacja biletów lotniczych. Bilety znaleźliśmy na stronie fly4free.pl – jeśli nie znacie jeszcze tej strony, serdecznie polecam, masa ciekawych okazji i tanich lotów w różne miejsca świata. Udało się nam znaleźć bardzo tanie bilety z Katowic do Kutaisi, liniami Wizz Air. Po bardzo krótkim namyśle zarezerwowaliśmy bilety. Całkowity czas wycieczki wynosił w naszym przypadku 17 dni.

Co warto zabrać do Gruzji?

Podróżując na własną rękę do Gruzji, zdecydowanie warto zabrać górski plecak. Jeśli nie posiadamy takiego plecaka, naprawdę warto zainwestować i zakupić takowy. Walizka będzie niepraktyczna i ciężka w transporcie.  Plecak łatwiej upchnąć w taksówce czy marszrutce – busiku, które stanowi główny środek komunikacyjny w Gruzji.

Na pewno warto zaopatrzyć się w wygodne buty. Najlepsze będą buty trekkingowe. Ja osobiście skusiłem się na buty trailowe – Salomon XT Wings 3. Polecam je gorąco:) Dobrze trzymają stopę, są wygodne, mają wygodny sposób „sznurowania”, stopa nie poci się, mają membranę, dobrze sprawdzają się w trudnym terenie – błoto, kamienie, deszcz. Były to praktycznie jedyne buty, które zabrałem. Moja narzeczona zaopatrzyła się w buty trekkingowe, które również bardzo chwaliła. Buty za kostkę nie są specjalnym wymaganiem, chyba, że ktoś lubi lub chce wybrać się w wyższe partie górskie. Jeśli ktoś ma dużo wolnego miejsca, można zaopatrzyć się w sandały na cieplejsze dni – temperatury w miastach były bardzo wysokie.

Warto zaopatrzyć się w kurtkę przeciwdeszczową, gdyż w Gruzji czasami lubi popadać, okulary przeciwsłoneczne, krem do opalania i dobry przewodnik.

Przewodniki o Gruzji

Dobry przewodnik to podstawa. Niestety o samej Gruzji był bardzo mały wybór przewodników. Po przeczytaniu opinii w internecie i zapytaniu znajomych, wybraliśmy 2:

Oba możemy bez większych problemów nabyć w księgarni lub zamówić przez internet.

Mapy Gruzji

Jeśli mamy telefon lub tablet z systemem Android lub iOS warto zainstalować aplikację MapsWithMe – jest to mapa świata, z której możemy korzystać nawet gdy nie mamy połączenia z internetem. Mapy Gruzji są w niej bardzo dokładne, zawierają informację o hotelach, restauracjach, ciekawych miejscach itp.

W wersji płatnej dodatkowo umożliwia wyszukiwanie obiektów oraz zapamiętywanie miejsc. Naprawdę warto zapłacić te parę złotych za pełną wersję. Wyszukiwarka okazuje się czasami przydatna. My używaliśmy tylko tej mapy, nie mieliśmy tradycyjnej papierowej wersji.

Pieniądze

W Gruzji jednostką monetarną jest lari. 1 lari = 100 tetri. W Polsce niestety nie da się wymienić złotówek na tamtejszą walutę. Można zaopatrzyć się w Polsce w euro lub dolary i wymienić je na miejscu. Wymieniając złotówki w kantorze. poprośmy o w miarę nowe banknoty. Nasi znajomi będąc w Gruzji spotkali się z sytuacją, gdzie pani nie chciała wymienić części pieniędzy z uwagi na to, że wyglądały na zniszczone.

Drugim sposobem jest wypłata z bankomatu w jednym z miast Gruzji. Bankomaty znajdziemy praktycznie w każdym większym mieście, nie ma tam problemu z wyciągnięciem pieniędzy. Przed ostatecznym wyborem sposobu zdobycia lari, warto zapoznać się na stronie internetowej lub w banku, jak wyglądają prowizje z wypłaty za granicą i zobaczyć, czy bardziej opłaca się kantor czy bankomat.

Język

Nie jest to wymagane, jednak naprawdę polecam zapisać się przed wyjazdem, chociaż na krótki kurs języka rosyjskiego lub gruzińskiego. Będzie to bardzo pomocne, gdyż ułatwi nam to dogadanie się z taksówkarzami, w hotelach czy w sklepie. Gruzini są bardzo pozytywnie nastawieni do osób, z którymi mogą się komunikować inaczej niż  językiem migowym:) Rosyjski jest oczywiście bardziej opłacalny, gdyż możemy się nim porozumiewać także w innych krajach.

W Gruzji praktycznie każdy mówi w języku rosyjskim. Jeśli nastawiamy się na język angielski możemy się bardzo rozczarować, gdyż niewiele osób go zna. Jeśli już ktoś używa, jest to bardzo łamany angielski i trzeba używać prostych zwrotów, żeby o coś zapytać czy wytłumaczyć.